Jeszcza kilka lat temu moją zmorą były spódnice. Kiedy inne dziewczyny zachwycały się jeansowymi miniówami, ja chodziłam na treningi w sportowym dresie. Spodnie zawsze były dla mnie najlepszym rozwiązaniem. W podstawówce byłam po uszy zakochana w dzwonach, nieco później przeszłam nawet 'okres buntu w stylu Avril Lavigne' i zadawałam szyku w bojówkach moro lub khaki. Ostatecznie zakochałam się w trendzie, który dopiero co się pojawił, czyli w jeansach rurkach. Oczywiście kocham je do tej pory.
Może gdzieś w głębi duszy lubiłam te spódnice. Ale sama myśl o podwijaniu się i ciągłym poprawianiu materiału była dla mnie najgorszą na świecie. Uwielbiałam wygodę ponad wszystko. Poza tym odpowiednie rurki zawsze wydawały mi się najseksowniejsze na świecie.
Teraz nieco się zmieniło. Mamy eleganckie ołówkowe spódnice (czasem również wymagające poprawek), ale też powłóczyste maxi i - moje ulubione - spódnice z koła! Dla nich bardzo chętnie porzucam spodnie :) Jest to bardzo prosty model do skonstruowania, a jednocześnie niesamowicie efektowny, w każdej długości wygląda świetnie. Zwróćcie też uwagę na materiał. Piankowe, flauszowe spódnice fantastycznie się układają. Moja kolekcja powoli rośnie w siłę :)
zdjęcia / make-up: Patrycja Tyszka
camel coat | ZARA
skirt and striped blouse | MOSQUITO
overknee boots | CZASNABUTY
bag | MOHITO




























